romantyzm i secesja

mÓJ mAŁy śWiat

Jeżeli już miałabym gdzieś w ogóle istnieć, to chciałabym żeby ta przestrzeń, chociażby mała, była totalnie moja. I żebym nie była w niej sama, tylko z kimś kochanym lub/ i z muzą tworzenia .
Romantyczny, gotycki zamek? Bardzo chętnie
Równie chętnie jednak pełne nieładu artystycznego mieszkanko na poddaszu w centrum wielkiego miasta.Pomalowane na jakiś ciekawy kolor, granat nocnego nieba może... Podobają mi się takie secesyjne kamienice, z witrażami i wieżyczkami...
Lecz jednocześnie potrzebuję bliskiego kontaktu z naturą, więc może w miarę blisko jakichś lasów, łąk.

Czy moglibyście mi pomóc przy rozwiązaniu kilku zadań, które opierają sie na podstawie tekstu zacytuje fragmenty...
Rzym romantyczny
[...]Ten więc Rzym, przez ktory romantycy wędrowali, był bardzo odmienny od Rzymu dzisiejszego. Wielu Rzymian mówi nostalgicznie, że był piękniejszy. Słuszniej byłoby ograniczyc się do stwierdzenia, iz był poprostu odmienny. Był, jak jest i Rzym dzisiejszy, współistnieniem życia ziemskiego z tradycją. Z obecnej bliskości miedzy neonami i pędem samochodów -z tego na przykład, że z wylotu częściowo secesyjnej, częsciowo dwudziestowiecznej, szumiącej tłumem ulicy Vittorio Veneto wychodzi się tak niespodziewanie na Porta Pinciana z jej załomami brunatnego kamienia - wyłania się pouczenie chyba niemniej wyraziste niż to, które w XIX wieku przemawiało gwarem przekupniów obok łuku Konstantyna. Z tym wszystkim wiąze się metafizyczny już problem czasu, na ktory sie człowiek ciągle na nowo, chodząc po ulicach Rzymu, natyka...[...]

Mam kłopot z dwoma pytaniami
-wyjaśnij sens wyrażenia "metafizyczny problem czasu " w kontekście(komplenie nie wiem o co w tym chodzi:()
-sforułuj pouczenie, o ktorym mowa w teksie

Gotyk i sececja! Gotyk i secesja! Po prostu nie rozumiem jak to się komuś może nie podobać:P Ostatnio byłam na wystawie plakatów Muchy, co nawet nie musiało utwierdzać mnie w przekonaniu, że reklama papierosów i proszku do prania może być sztuką. Z gotyku oczywiście Hieronimus Bosh - niesamowita malarska osobowość, bez której moi ulubieni współcześni Dali, Siudmak i Beksiński nie byliby już tym samym. I prerafaelici pokroju Rosettiego i Waterhouse'a. Może toto momentami ckliwe, ale jakie fantastyczne i inspirujące. Ogólnie romantyzm i w ogóle dziewiętnasty wiek. Friedrich, Turner, Delacroix. Gierymski i Kossakowie. Za uproszczoną sztuką nowoczesną natomiast nie przepadam i nie cierpię Rokoka:)


Mysle ze ci faceci od fotografii byli tak samo zakreceni albo bardziej niz ja. Oni pewnie jezdzili gdzie trzeba zeby zrobic zdjecie. To moge bez wehikulu czasu powiedziec z calkowita pewnoscia.

A tak przy okazji. Gdzie i kiedy powstala fotografia momentalna? I dlaczego? Kto to wymyslil?
Zupelnie nie na temat ale ciekaw jestem czy znawcy fotografii wiedza.

MarekP


Na pewno byli i jezdzili, widać to po innych konfliktach zbrojnych tego czasu . Największym fotografem (plenerowym ) wojny secesyjnej był Matchew Brady ,wykonał ok .miliona zdjęć , byli też inni .Szklane klisze po wojnie sprzedawano farmerom do budowy szklarni i słońce z czasem wypalało obrazy wojny.
Wcześniej na tle romantycznego malarstwa batalistycznego skandal wywołały zdjęcia pobojowisk wojny krymskiej wykonane przez Rogera Fentona (anglik).

Co do fotografi momentalnej nie jestem pewien ale to mógłbyć amerykański fotograf Edward Muybridge . Fotografia służyła mu do badania ruchu .W 1878 r sfotografował galopującego konia używając 24 aparatów fotograficznych. Wcześniej studiował ruch fotogratując np walczących zapaśników . Jego zdjęcia były też inspiracją dla bardziej współczesnego malarstwa Francisa Bacona .


A czy istniała możliwość porozumienia się między jeńcami ws. ustalenia swoich zeznań (najprawdopodobniej w celu wykiwania wroga)?

Jeśli byliby trzymani razem, to i owszem. Jednak jeśli w odosobnieniu, mieli sprawę cokolwiek utrudnioną.

O ile dobrze kojarzę, to przesłuchiwanie jeńców stało się naprawdę poważnie traktowane dopiero w XX wieku, od czasów I WŚ. Swego czasu jeden z historyków wojny secesyjnej miał pisać, iż przesłuchiwanie jeńców jest mniej romantyczne od pracy szpiega, mniej niebezpiecznie od zwiadu i rozpoznania kawaleryjskiego, a równie przyziemne co czytanie gazet wroga. Dopiero I WŚ miała wykształcić żołnierzy, których zadaniem było przesłuchiwanie jeńców. Żołnierzy którzy mieliby do tego odpowiednie przygotowanie. Najlepiej radzili sobie z tym ponoć Amerykanie. W 1918 założyli szkołę wywiadu w Langres, we Francji. Przez międzywojnie Amerykanie roztrwonili swój dorobek na polu wywiadu. W II WŚ, kiedy Amerykanie rozkręcili ośrodek szkoleń wywiadowczych w Camp Ritchie w stanie Maryland, musieli ściągać brytyjskiego oficera ze szkoły w Cambridge, aby ośrodek mógł działać. Sprawa o tyle ciekawa, że podczas I WŚ to Amerykanie szkolili Brytyjczyków. W przeciągu trzech lat udało się wyszkolić w tym ośrodku 2641 śledczych mówiących po niemiecku i 326 po włosku. W raporcie 12. Grupy Armii z 1 lipca '45 pojawiła się informacja, iż jeńcy wojenni byli najcenniejszym źródłem informacji na froncie. Czyli śledczy musieli spełniać swoją rolę.

Ciekawa historia zdarzyła się pewnego razu w Wietnamie. Otóż podczas przesłuchania jeńca, amerykański śledczy korzystał z usług wietnamskiego tłumacza. Pierwsze pytanie brzmiało:
- Widziałeś w wiosce partyzantów Vietcongu?
Tłumaczenie pytania:
- Padało, kiedy cię schwytali?
Jeniec odpowiedział, że nie. Kolejne pytanie:
- Czy Vietcong zaopatruje się w waszej wiosce w jedzenie i inne produkty?
Tłumaczenie:
- Czy masz dwudziestu trzech braci?
Znowu odpowiedz przecząca. Film z tego przesłuchania jest ponoć pokazywany na szkoleniach dla śledczych.

Jakby ktoś był zainteresowany większą ilością szczegółów, polecam:
Mackay Ch., Miller G., Kulisy wojny, Warszawa 2006, ss. 383.
Książka może nie specjalnie specjalistyczna, niemniej pisana przez byłego żołnierza wywiadu amerykańskiego, śledczego który spędził trochę czasu na wojnie w Afganistanie. Oprócz opisów aktualnych metod prowadzenia przesłuchań, i tego jak wygląda robota śledczych, jest pokrótce opisana także historia całego procesu przesłuchiwania jeńców na przestrzeni lat. Kilka ciekawych informacji, a i czyta się dobrze.

Witam;
czym była kolonizacja? Było to wyparcie rdzennych mieszkańców tych ziem, których nie uważano w żadnym wypadku za osoby mające swoje prawa. Przecież kolonizacja anglosaska [ta wywodząca się z pierwotnych trzynastu stanów] była zupełnie inna od tego co działo się na terenie Luizjany [kolonia francuska sięgająca obecnej granicy z Kanadą], hiszpańskiej [Floryda, Teksas - będący n.b. pierwotnie częścią Meksyku należącego do Hiszpanii], oraz tego co działo się na terenach należących do rdzennych mieszkańców - Indian. Plemiona różnie reagowały na nadejście białego człowieka, czasem próbą współistnienia [tzw. cywilizowani], podpisywaniem traktatów po próbę walki, zbyt późnej jak się okazywało. Dodając do tego politykę rządu USA, które preferowała podbój / zajmowanie danych terenów przez osadników ciągnących na "Dziki Zachód", przez ludzi dla których władzą był kolt i kilka gram ołowiu, do tych którzy za kilka gram złota gotowi byli zabić. Do tej pory w wielu stanach straszą miasteczka gdzie nie mieszka nikt, straszą resztki dawnej fortuny, która skończyła się w momencie kiedy wydobyto ostatni gram złota warty do wydobycia...
Romantyzm istnieje tylko w książkach, romantyzm to próba pokazania [udana zresztą] jak bardzo ludzcy byli biali dla dzikusów. Romantyzm to westerny J. Waynem, który na rączym koniu broni kobiety i dzieci, odróżnia dobrych Indian [ci co chodzą w spodniach i ciężko pracują] od tych złych [przebrzydli Komancze i Apacze, łamiący układy podpisywane z kolejnymi białymi dającymi im przecież tak życiodajną pustynię, zamiast lichego stepu, gdzie jakaś strzelba wytłukła wszystko co biegało i skakało...]. Niestety brak romantyzmu pokazywał i S. Leone, i sam C. Eastwood, ba nawet K. Costner.
Wnikając głębiej w historię St. Zjedn. można się dowiedzieć że jedyne prawo jakie obowiązywało na stale przesuwającym się na Zachód Dzikim Zachodzie to prawo pięści i kolta. Do tego można dołożyć niewolnictwo. Wystarczy spojrzeć na przyczyny wojny secesyjnej oraz to co działo się na Południu, oraz jak skonstruowane jest prawo stanowe Teksasu...
pozdr

Na pograniczu kiczu i geniuszu.

Kolejną prośbą był Mahler.

Twórca bardzo specyficzny, w pewnym sensie niepowtarzalny. Żył na przełomie wieków, w czasach zwanych belle epoque albo dla odmiany fin de siecle. W czasach secesji, eklektyzmu, pozornego spokoju dekadenckiej już cywilizacji zachodu. Zwykło się mówić, że był Czechem wśród Austriaków, Austriakiem wśród Niemców, a Żydem wśród wszystkich. Należy także przypomnieć, że dobrowolnie przeszedł na katolicyzm, a część życia spędził w Nowym Jorku. W jego życiu i środowisku życia było więc wszystko - tak samo jak w jego muzyce, eklektycznej, pełnej nawiązań do romantyzmu ale i dawniejszych epok, a nawet do muzyki ludowej czy wojskowej. Zaraz obok trenów i marszy pogrzebowych frywolne scherza i walce.

Na ogół jego symfonie - bo z tego oprócz pieśni go pamiętamy - kojarzone są z długimi adagiowymi finałami, przepełnione "tragicznym obrazem ludzkiej egzystencji". Inna jest na pewno IV Symfonia G-dur, mniej kojarzona, rzadziej grywana i sprawiająca komentatorom czy słuchaczom trochę kłopotu. Kiedy usłyszałem ją pierwszy raz - w starym nagraniu Georga Szella i orkiestry Clevelandzkiej - nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. A mówiąc bardziej dosadnie, uznałem ją za dzieło wręcz kiepskie. Pełne kiczu, niezrozumiałych skoków nastroju, agresywnej i nieumiejętnej instrumentacji. Jedynie trzecią część, adagio, uznałem za godną uwagi.

Jakiś czas temu wysłuchałem w radiu. Włączone miałem dla jakiejś wcześniejszej pozycji, po prostu nie chciało mi się wyłączać. Niech sobie leci, nie bez przerwy trzeba przecież słuchać arcydzieł. Ale po chwili wrażenia były już inne. Dało się słychać wyraźnie radosny taniec, lekko prowadzona orkiestra wręcz pulsuje radością, a motywy "smutne", które wcześniej wydawały się nie pasować do całości, potraktowane są ironicznie.

Skąd różnice? Można oczywiście wszystko sprowadzić czasem do indywidualnego nastroju, z powodu którego jednym razem mamy ochotę słuchać monumentalnych dzieł Brucknera, a innym razem sonat Corellego. Ale tu było chyba coś więcej, mianowicie wykonawstwo. W drugim przypadku dyrygował Pierre Boulez, znany z lżejszego niż inni dyrygenci prowadzenia orkiestr, pod batutą którego dzieła zawsze tracą ze swej "monumentalności". I taki właśnie sposób prowadzenia IV Symfonii, dzieła o wiele lżejszego niż pozostałe symfonie Mahlera, wydaje się właściwy. Grana ze zbytnią emfazą i przesadą nabiera cech kiczu, a grana lekko i beztrosko jest pięknym, z przymrużeniem oka potraktowanym, muzycznym obrazem tamtych czasów.

Powered by wordpress | Theme: simpletex | © mÓJ mAŁy śWiat